środa, 22 lipca 2020

Odsiecz filmowa #2 - musicale i filmy muzyczne

Witam was w kolejnej odsłonie odsieczy filmowej! W dzisiejszej odsłonie pokażę wam 6 tytułów, które są bardzo zróżnicowane – trafią się tu pozycje, które koniecznie trzeba obejrzeć, ale też niestety do części nie będę was zachęcać (wręcz będę odradzać jak tylko mogę).

 

Koty

To już na początek pojedziemy z grubej rury i pogadamy sobie o Kotach. Nigdy nie widziałam oryginalnego musicalu, ale doskonale znam tę historię, a piosenkami w polskiej wersji językowej zaaranżowanej przez teatr Roma moja mama męczyła mnie od dzieciaka. Później do naszego samochodowego repertuaru weszły również wersje anglojęzyczne. Także… oczywistym było, że wybiorę się do kina zobaczyć filmową odsłonę!

Fabuła jest genialna, bo jednak co oryginalny musical, to oryginalny musical. Mamy tu trochę abstrakcji, troszkę niedopowiedzeń, ale taki jest właśnie urok tej opowieści i przynajmniej to zostało tutaj dobrze zachowane. Również nowa aranżacja muzyczna daje radę, bo same piosenki są naprawdę cudowne, a nowe wykonania doskonale pasują do oryginalnych wersji, jednocześnie wnosząc coś nowego, by nie było nudno. Ale.

Ten film jest obiektywnie zły. Oprawa wizualna i pomysł na zrobienie ludzi-kotów wyszedł tak źle, tak koszmarnie, tak, że oczy bolą… chcę o tym zapomnieć, a jednak do tej pory śni mi się to po nocach, chociaż minęło już pół roku odkąd oglądałam tę produkcję. Bo ktoś uznał, że dobrym pomysłem będzie wzięcie ludzkiej sylwetki, dodanie jej ogona, pazurów, wąsów i futra i będziemy mieć świetnego XXI-wiecznego kota. Tylko, że to, co zdaje egzamin na teatralnej scenie, niekoniecznie wychodzi w praktyce, a tutaj ewidentnie człowiek od CGI powinien zostać poproszony o wyjaśnienia. A żeby jeszcze podnieść poziom zażenowania! Niektóre koty miały tak przylegające i błyszczące futro, że wyglądały, jakby go w ogóle nie miały i paradowały sobie nago po ekranie, jednak nie posiadając narządów płciowych, co naprawdę serwowało wysoki poziom dyskomfortu.

3 razy nie. Chyba, że kogoś wybitnie nie lubicie, wtedy ten chłam w wersji na DVD będzie dla tej osoby idealnym prezentem. Albo można oglądać Koty z zamkniętymi oczami, to też jest jakaś opcja!

 

Zenek

Ten film to jeden wielki i zdecydowanie zbyt długi nieśmieszny żart. Historia Zenka Martyniuka, tego, jak dochodził do wszystkich swoich sukcesów, jak zdobył sławę, opowiedziana w bardzo mozolny i nudny sposób, do tego całość jest bardzo miałka.

Niesamowicie nierówny – przez 2/3 filmu na ekranie widzimy młodego Zenka (wcielający się w niego Jakub Zając to promyczek wśród całej tej żenady, świetny aktor!), który przez 20 lat wygląda dokładnie tak samo: nastolatek, który próbuje swoich sił w śpiewaniu. Charakteryzacja leży, nikt nawet nie próbował się pobawić makijażem, by chociaż odrobinkę postarzyć aktora na przestrzeni upływających lat, by wyglądało to trochę naturalniej. Czeczot pojawia się dopiero na ostatnie 40 minut, jako dorosły Zenek z sukcesem i nastoletnim dzieckiem na karku – miał być gwiazdą tej produkcji, a jest jej najsłabszym ogniwem. Dla odmiany aktorka wcielająca się w żonę Zenka przez cały czas grana jest przez tę samą 40letnią aktorkę. Nie wiem, kto ten casting wymyślił, ale dobrej roboty to nie zrobił.

Najlepsza rzecz? Mało twórczości Zenka w filmie o Zenku! Myślałam, że dostaniemy kulisy powstawania największych jego hitów, a tu co? Klops. Do tego akcja się urywa przed prawdziwym rozwojem jego kariery i przed największymi przebojami, co, podobno celowo, daje otwartą furtkę do drugiej części.

Od niedawna można tę porażkę oglądać na Netfliksie. I jak na początku myślałam, że Zenek będzie bardzo niezręcznym i żałosnym filmem, to teraz mogę tylko podsumować, że jest piekielnie nudny i nawet nie ma z czego się pośmiać. Chyba jedynie z tego, że TVP zakłamało wynik box office i żyje w rzeczywistości, w której porównuje Zenka do Rocketmana i Bohemian Rhapsody twierdząc, że na Zenka poszło więcej ludzi do kina.

 

Dirty Dancing

Ulubiony film mojej mamy przed którego obejrzeniem zapierałam się rękami i nogami, bo tak często gościł na ekranie naszego telewizora, że czasem miałam go po prostu dość. Doskonale znałam tę historię, ale nigdy nie obejrzałam tej produkcji w całości! Wrzucam ją właśnie do tej kategorii muzycznej, bo wiecie, taniec i muzyka blisko siebie stoją.

I co mogę powiedzieć… fenomenalna historia, pięknie nakręcona i cudownie zagrana. Patrick Swayze już od dawna był moją miłością i zdania co do tego nie zmienię pewnie już nigdy. Chemia pomiędzy głównymi bohaterami to coś, czego inne produkcje mogą Dirty Dancing zazdrościć. Do tego muzyka idealnie dobrana do poszczególnych scen… i oczywiście nie mogę nie wspomnieć o pięknych scenach tańcu i kultowej już choreografii do Time of My Life.

Dirty Dancing jest tak kultowym filmem, do tej pory obecnym w popkulturze, że nieznajomość go to już prawie wstyd! Pozycja obowiązkowa do obejrzenia dla każdego, nie tylko dla fanów Swayze, tańca i miłości.

 

Rocketman

Naprawdę niezły film o Eltonie Johnie! Bardzo podobał mi się sposób przedstawienia jego historii, sama narracja jest naprawdę wyjątkowa i wychodzi poza wszystkie schematy filmów biograficznych. Niby to coś prostego, a jednak dodawało uroku i bardziej pokazywało, jakim człowiekiem był Elton.

No i do tego twórcy zdecydowali się na zrobienie tego filmu w musicalowym stylu. Mamy nie tyle biografię muzyka, co standardowe zabiegi stosowane w musicalach czyli śpiewanie na ulicach i tańczenie wszystkich ludzi wokół, co jeszcze bardziej dodaje uroku, a to wszystko w rytm najpopularniejszych (ale i też tych mniej znanych) piosenek Eltona!

Muzyka jest najlepszą rzeczą i aranżacje są naprawdę na wysokim poziomie. Trzeba o tym wspomnieć, bo jak się okazuje, nie zawsze jest dużo muzyki w filmie o muzyce, a tutaj jednak odpowiednie proporcje zostały zachowane. No i aktor wcielający się w Eltona… mistrz ekranu!

 

Miss Americana

Jak fanką Taylor Swift jakąś specjalną nie jestem, to jednak lubię niektóre jej piosenki (a w Blank Space od kilku lat jestem absolutnie zakochana). I sam ten film obejrzałam w sumie z przypadku, bo któregoś wieczora wyświetlił mi się w polecanych na Netfliksie. I nie żałuję!

W fajny sposób przedstawiono tutaj historię Taylor, jak wyglądała jej droga do sławy, jak zaczynała tworzyć muzykę, jak to się stało, że została zauważona, co sprawiło, że zyskała rozgłos i jak jej styl zmieniał się na przestrzeni lat. Co lepsze – wszystko jest pokazane z perspektywy Taylor więc dowiadujemy się dużej ilości szczegółów od samego źródła, co czasem pomaga skorygować naszą opinię, która powstała pod wpływem plotek i wybaczania mediów.

Ogromne plusy za uroczego kociaka, którego piosenkarka posiada! I same kulisy kręcenia tych wszystkich teledysków, które stoją na wysokim poziomie, to druga najlepsza rzecz w tym filmie! Także Miss Americana będzie świetna dla fanów artystki, ale i dla tych, którzy po prostu lubią luźne biografie muzyków.

 

Taylor Swift. Reputation. All Stadium Tour

Pozostając jeszcze chwilę przy Taylor Swift… Miss Americana tak mnie zachęciła do dowiedzenia się jeszcze czegoś więcej o artystce, że niedługo potem odpaliłam film poświęcony jej trasie Reputation i tutaj również nie wyszłam rozczarowana!

Całość została naprawdę bardzo ładnie i profesjonalnie nakręcony. To po prostu zapis koncertu Swift, który został zagrany full profeska. Pięknie widać, że bardzo jej zależy, by wszystko było dopięte na ostatni guzik i nie pozostawia nic przypadkowi.

Doceniam bardzo mocno za integrację z fanami, która jest bardzo przemyślana i sensowna. No i wielki szacunek dla artystki za zaangażowanie w koncerty, bo nie o każdym piosenkarzu można to powiedzieć!

 

I to tyle, jeśli o muzyczną odsłonę odsieczy chodzi. Koniecznie dajcie znać, które z tych filmów widzieliście, a które dopiero planujecie!




FacebookInstagramGoodreadsTwitterGoogle+LubimyCzytać




7 komentarzy:

  1. Najlepszy film o muzyku to moim zdaniem "Spacer po linie" o życiu Johnny'ego Casha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie widziałam i chyba nawet o nim nie słyszałam, ale lecę obczaić!

      Usuń
  2. Dirty Dancing to świetny film, a lubię go głównie przez sentyment, jakim darzony jest u mnie w domu - dosłownie wszyscy go uwielbiają! Widziałam też Miss Americana i myślę, że to dobry film i próbuje być obiektywny (nie zawsze wychodzi), ale nie ujmuje mu to niczego ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobra, wstyyyd, nie widziałam żadnego! Pierwszych dwóch nawet nie zamierzam, co to to nie! Dirty Dancing... w sumie nie wiem, czemu nie widziałam. A o Swift chciałam obejrzeć z ciekawości, ale zapomniałam o nich, także dziękuję za przypomnienie! A i Rocketman - Taron Egerton to moje zauroczenie odkąd go usłyszałam w "Sing" - jak ten chłopak śpiewa!

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam TS, ale Miss America i Reputation nie widziałam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Żadnego z nich nie widziałam, a ostatnio widziałam jeden musical i Star is born, który musicalem raczej nie jest, ale kategoria muzyczna pasuje! :D
    Wstyd mi za Dirty Dancing, ale postaram się kiedyś nadrobić. ;)
    A musicalem, o którym wspomniałam są Nędznicy i to jest strasznie smutna historia, teraz jakoś inaczej patrzę na te wszystkie piosenki i gra tam Eddie Redmayne (którego jestem wielką fanką!), ale wciąż nie przebił mojego faworyta czyli Króla rozrywki!

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz wskrzesza jednego jednorożca :D
Odwiedzam blogi wszystkich, którzy zostawili komentarz pod ostatnim postem ;)