niedziela, 22 listopada 2020

Miało być o śmierci... - "Jak umieramy" Roland Schulz [RECENZJA]

Szczerze mówiąc, to nie dowiedziałam się z tej książki zbyt wiele, za to podczas lektury się męczyłam, nudziłam, wkurzałam i sama chciałam umrzeć.

Zamysł autora był naprawdę bardzo fajny i intrygujący. Bo przecież śmierć towarzyszy nam na każdym kroku i jest to nieunikniony finał naszej historii, jednak nigdy nie zwracamy na nią jakiejś specjalnej uwagi, nie zagłębiamy się w temat, zaś gdy w końcu się z nią spotkamy, nie wiemy co się dzieje i mamy mnóstwo pytań. Roland Schulz miał odpowiedzieć na wszystkie nasze wątpliwości związane z umieraniem, pokazać, co dzieje się z człowiekiem w ostatnich chwilach i wytłumaczyć te wszystkie procesy, które zachodzą w ciele. Szkoda, że tego nie zrobił.

Do tej książki podeszłam zaintrygowana, ale też miałam wobec niej pewne oczekiwania, które niestety nie zostały spełnione prawie wcale. Nie podoba mi się forma, w jakiej autor podszedł do tematu. Spodziewałam się trochę bardziej naukowego stylu, który wyjaśniałby wszystkie zawiłości i bezstronnie, w jak najbardziej obiektywny sposób tłumaczył, co się dzieje z człowiekiem, który właśnie umiera. A co dostałam? Pseudo psychologiczny bełkot, który na siłę ma mi wejść na psychikę. I już teraz widzę, że bardzo ciężko będzie mi wytłumaczyć wam, co dokładnie tutaj poszło nie tak i dlaczego tak bardzo mi się to wszystko nie spodobało.

Zacznę od tego, że książka jest pisana w drugiej osobie. Nie mamy faktów obiektywnych ani twierdzeń autora, oj nie. Całość przedstawiono w formie „leżysz na łóżku, twoje ręce i nogi są zimne, bo krew dociera do twojego serca po raz ostatni”. To nie jest żaden cytat ani nic z tych rzeczy, ale daję wam małą próbkę tego, co w środku zostaniemy. Autor posługuje się takimi sformułowaniami, jakbyśmy my, jako jego czytelnicy, byli na owym łożu śmierci i jakbyśmy to my właśnie umierali. Tylko, że jednocześnie nie jest w tym konsekwentny.

Schulz równie szybko zmienia zdanie co przeskakuje między wątkami i miesza milion tematów naraz. Najpierw to my umieramy, za chwilę jakiś człowiek z Australii, by na kolejnej stronie była mowa o kimś chorym na nowotwór. Po co? Jeśli już autor przyjął konwencję, by opisywać przeciętną śmierć zwykłego Kowalskiego, to niech konsekwentnie do robi, a nie skacze po różnych krajach i chorobach, bo to wybija z rytmu, miesza i totalnie nie ma sensu.

Jakby tego było mało, autor dodatkowo powołuje się na naszych bliskich i próbuje ich w to wszystko wpakować. Bo co będzie myśleć rodzina, gdy umierasz? Jak będą się zachowywać przy tobie? Co będą robić, gdy już umrzesz? I do tego wszystko opisano w takim stylu, że ma się ochotę wyrzucić tę książkę przez okno, bo ewidentnie czuć, że ktoś tu próbuje na siłę zryć nam beret, a niekoniecznie ma do tego narzędzia i robi to w tak nieumiejętny sposób, że z frustracji można pognieść kartki.

Nie lubię książek pisanych na siłę, które ględzą o niczym, leją wodę i na siłę próbują wywołać we mnie emocje tam, gdzie ich nie powinno być. Takie biadolenie, ojej, jacy ci ludzie będą biedni, w ogóle do mnie nie przemawia. A wiecie, co do mnie przemawia? Fakty. Fakty podane w obiektywny, naukowy sposób, czego tutaj ze świecą szukać.

Nie przeczę, Roland Schulz zna się na rzeczy, bo w tych momentach, w których już zaczynał mówić z sensem, to faktycznie było jego szeroką wiedzę w śmiertelnych tematach widać. Ale kurczę, ja bym chciała po prostu o tym poczytać, a nie musieć wyłuskiwać istotne informacje w morzu tych, które mnie kompletnie nie obchodzą.

Czyli co, chciałam dostać merytoryczną książkę o tym, co dzieje się z człowiekiem tuż po śmierci i bezpośrednio po niej, a dostałam jakieś biadolenie i lanie wody na tematy powiązane, które próbują zryć człowiekowi psychikę, ale w tak nieumiejętny sposób, że zamiast przemyśleć podstawowe wartości, tylko się frustrujesz podczas czytania. Dawno nie miałam do czynienia z tak mało konkretną pozycją, która wydaje się być bezcelowa. I kurczę, przez całą recenzję starałam się nie przekląć, ale na koniec dla podkreślenia tego wszystkiego, co wyżej, trzeba rzucić jakąś kurwą. Bo to było, kurwa jakieś niepotrzebne pierdolenie. Tak po prostu.

 




FacebookInstagramGoodreadsTwitterGoogle+LubimyCzytać



1 komentarz:

Każdy komentarz wskrzesza jednego jednorożca :D
Odwiedzam blogi wszystkich, którzy zostawili komentarz pod ostatnim postem ;)