środa, 1 lipca 2020

Polskie filmy historyczne - Wołyń, Piłsudski, Legiony i Miasto 44


Już na wstępie zaznaczę, że kiedyś nienawidziłam polskich filmów historycznych i to chyba nawet z wzajemnością. Jednak pośród morza beznadziejnych tytułów da się znaleźć naprawdę niezłe perełki. Szkoda tylko, że można je policzyć na palcach u jednej ręki.

W tym semestrze również nawiązuję intensywny romans z historią Polski ponieważ muszę zaliczyć ten przedmiot na studiach. Także… w przerwie między przeglądaniem jednych notatek a drugich wpadłam na szalony pomysł, by zbadać bibliotekę Netflixa pod kątem naszych rodzimych produkcji historycznych, odnieść je do mojej wiedzy, a może nawet przy okazji przyswoić coś w bardziej przystępny sposób. Zaraz zobaczycie, czy w ogóle miałam z tego jakiś pożytek.


 Piłsudski z Borysem Szycem - szkoły go pokochają, widzowie znienawidzą

Piłsudski (2019)

Na pierwszy ogień poszedł Piłsudski czyli bardzo nowy film, o którym było bardzo głośno przy okazji premiery w zeszłym roku. A że postać Piłsudskiego to ikona niepodległości a także dwudziestolecia międzywojennego, to wybór był jasny i klarowny.

I wiecie, jak myślicie o Piłsudskim, to jego zasługi można mnożyć, wymieniać, a pewnie i tak wszystkich nie uda się zapamiętać. Różne koncepcje odzyskania niepodległości, pierwsza kompania kadrowa, pierwsza brygada, zamach majowy, sanacja i wiele więcej. A o czym mówi film Piłsudski? Po pierwsze przedstawia tego naszego Józka jak jakiegoś wariata, który ma kuku na muniu, nie do końca ogarnia rzeczywistość, jest z lekka nienormalny (w złym znaczeniu), do tego zdradzał swoją żonę i miał dwie córki z kochanką. Kropka.

Sama konstrukcja tego filmu jest koszmarna. Piłsudski był sobie tu, potem był sobie tam, potem został kimś tam i pojechał sram. Brak logicznych przejść między kolejnymi scenami, wszystkie istotne historyczne informacje zostają podane za pomocą takich plansz pomiędzy kadrami, nie zostają zaś zagrane na ekranie. Całość wydaje się bezsensu i zdecydowanie jest niepotrzebna, a sama idea powstania tego filmu jest do zakwestionowania.

Do tego Borys Szyc w roli Piłsudskiego… Szczerze nie cierpię tego aktora i nie toleruję go w żadnej produkcji. No, może oprócz Przepisu na życie, ale to i tak tylko w wybranych odcinkach.

Znajdziemy tu też takie absurdy jak Piłsudski, który przemawia do swoich żołnierzy, wyraźnie słychać jego głos, mamy zbliżenie na usta, zaś same usta się nie poruszają. Za dwie sekundy jednak zaczynają się poruszać w rytm jego słów, by za chwilę znowu się zamknąć – głos jednak dalej leci. Także ktoś od postsynchronów również zaspał na swoją zmianę.

Mamy też innych działaczy niepodległościowych, o których mówi ten film. A co mówi? Że byli. I tyle. Sama żona Piłsudskiego została przedstawiona jako wredna jędza, która nie chce dać mężowi rozwodu i kłóci się o to z nim przy każdej możliwej okazji. A Aleksandra Szczerbińska została totalnie pominięta w kwestii zasług dla ojczyzny – jej rolę sprowadzono do kochanki, która urodziła Piłsudskiego dwie córki.

Czyli podsumowując – z Piłsudskiego to się raczej niczego ciekawego nie dowiemy, bo to, że Piłsudski żył i że Polska odzyskała niepodległość to raczej wszyscy wiemy, zaś wszystkie aspekty, jak do tego doszło, film skrupulatnie pomija.


 Festiwalowa wersja filmu "Wołyń" na Blu-ray i DVD - Film w INTERIA.PL

Wołyń (2016)

Wołyń to moje odkrycie i wielkie zaskoczenie! Przerażający, brutalny, prawdziwy, ale przede wszystkim mówiący o tym okresie w historii, o którym mało się wie (albo i w ogóle), bo o tych wydarzeniach po prostu się nie mówi – jest wieloznaczny i zbyt wstydliwy, by się w ogóle do niego przyznać. Polacy jednak mają to do siebie, że cudze zbrodnie pamiętają doskonale, ale własne przewinienia szybko idą w zapomnienie, bo „co złego to nie my”.

Mamy tu do czynienia z przerażającym ludobójstwem na Wołyniu, gdzie Polacy mordowali Ukraińców i na odwrót, po drodze jeszcze dostało się Żydom, bo jednak wojna i te sprawy, w tle Niemcy i Rosjanie i już mamy festiwal przemocy, niesprawiedliwości i propagandy. Jest smutno i okrutnie, ale za to w jaki świetny sposób opowiedziano tę historię! Obsada genialnie oddała wszystkie emocje. I chociaż sami bohaterowie są fikcyjni, to obserwujemy ich pośród prawdziwych, historycznych wydarzeń i mamy poczucie, że to naprawdę kiedyś miało miejsce.

Jedyne, co mam do zarzucenia, to montaż. Momentami jest po prostu dziwny i trochę niespójny. Brakuje mu takiej płynności, bo są sceny, które cięć nie potrzebują, a mimo wszystko są poszatkowane, tak jakby w post produkcji komuś się źle palec omsknął nad przyciskiem „wytnij”. Czasem też ciężko jest się zorientować, w którym momencie wojny jesteśmy, szczególnie w pierwszej połowie filmu, bo ekspozycji nie ma praktycznie w cale, a jednak czasem by się przydało kilka słów wyjaśnienia, by umiejscowić wydarzenia w czasie.

Jeśli chodzi o aspekty makabry, to zostały tak świetnie zrobione, że zasługuje to na ogromne uznanie. Krew jest wszędzie, głowy odcinane są na każdym kroku, a członki latają, jednak wszystko zostało nakręcone w dobrym guście, jest przerażająco i rzeczywiście, ale bez zbędnej obrzydliwości. A to także zasługuje na wspomnienie, że nie zdecydowano się na charakteryzację jak z budżetowych horrorów i krwi nie zastąpiono ketchupem.

Moje ogólne wrażenia są naprawdę na plus. Smarzowski odwalił kawał dobrej roboty przy tym filmie i naprawdę warto go obejrzeć, bo to jedna z lepszych polskich produkcji, które widziałam.


 Miasto 44 - polemiczna recenzja | Kultura LIberalna

Miasto 44 (2014)

Miasto 44 przedstawia nam zbliżony klimat do Wołynia (w teorii) – też mamy makabrę z masakrą i trup ścieli się gęsto. Ale co to było? Festiwal taniego CGI i reklama ketchupu w jednym. W żadnym wypadku nie umniejszam wagi powstania warszawskiego, bo to faktycznie była rzeź. Powstańcy byli zabijani w setkach i w tysiącach, a Warszawa została doszczętnie zniszczona. Jednak Miasto 44 popłynęło z tym i to ostro.

Mamy tu mnóstwo przerysowanych i przesadzonych scen, które, mimo że naprawdę są historycznie poprawne, dokładne i dbają o jak najlepsze pokazanie szczegółów (sprawdzałam!), to jednak wyglądają niesamowicie nierealnie (i właśnie dlatego to sprawdzałam, bo to wyglądało tak abstrakcyjnie, że nie miało prawa się wydarzyć). Dajmy na to wybuch czołgu-pułapki na jednej z warszawskich ulic – gdyby nie ciocia Wikipedia, nie wiedziałabym, że to właśnie ten czołg wybuch, tak beznadziejnie zostało to przedstawione w tym filmie.

Do tego mamy flaki z nieba, deszcz krwi i scenografię jak z budżetowego horroru, bo czemu nie. Wszelkie wybuchy wyglądają jakby zostały zrobione w Paincie, a sam film to jedno wielkie lokowanie ketchupu, bo bardziej nierealnej krwi moje oczy nigdy nie widziały.

Najgorsze jednak jest to, że Miasto 44 jest niespójne. Z jednej strony mamy to wszystko, o czym przed chwilą wspominałam, zaś za chwilę widzimy epicko nakręcone sceny chodzenia po kanałach czy tego, jak bohaterowie w ruinach uprawiają seks, co zostało zmontowane tak, że wygląda jak teledysk. Czyli z jednej strony oszczędzili na charakteryzacji, by zachować pieniądze na kupno praw do muzyki i odpowiednią paletę, by pokolorować wybrane sceny, czaję.

Na sam koniec dorzucę jeszcze irytujących bohaterów, którzy są niesamowicie przerysowani. I nawet fakt, że grają tam sami przystojni i urokliwi aktorzy nie ratuje ich w moich oczach, no niestety ich charakter nie pozwala przymknąć na to oka.

Wołyń to także był film o rzezi, o masakrze i ludobójstwie, ale jednak tam nie zatracono granic między dobrym gustem a obrzydliwością, czego o Mieście 44 powiedzieć niestety nie można.


 Najkrwawsza polska bitwa I wojny światowej w filmie "Legiony ...

Legiony (2019)

I ostatni film, jaki udało mi się obejrzeć czyli Legiony, których promocja działała prężnie już kilka miesięcy przed premierą, a piosenki ze zwiastunów do dziś śnią mi się po nocach.

To w końcu jakiś polski film historyczny, który traktuje o historii, nie przekłamuje jej, nie robi masakry, a bohaterowie historyczni, o których mówi, nie przewracają się w grobach. Zaprezentowano tutaj całkiem niezłe podejście do Legionów, przystępne, ciekawie, a do tego pokazane w całkiem fajny sposób. Fabułę oczywiście wypakowano historycznymi odnośnikami, jednak urozmaicono to wszystko o trójkąt miłosny, by wprowadzić chociaż jakiś cień zaskoczenia i otworzyć sobie furtkę na zwroty akcji – bo bitwy legionów wiemy, jak się kończyły, tutaj raczej niespodzianek nie będzie.

Jednak… mimo swojej poprawności Legiony wydają mi się nudne. Wszystko to zostało przedstawione w jakiś taki mało dynamiczny sposób. Co prawda mamy tutaj bardzo dużo scen akcji, postawiono na wierne ukazywanie bitw i różnych manewrów – zrobiono to w naprawdę fajny sposób i do aspektów wizualnych przyczepić się  nie mogę. Same efekty również stoją na wysokim poziomie i zostały dobrze wykonane. Różne wybuchy i potyczki wyglądają jak wyjęte z kasowego hollywoodzkiego filmu! Tylko no, całość jest taka prostolinijna, statyczna.

Zakończenie jest trochę dziwne i zupełnie nie czaję, o co w nim chodziło, więc jakby ktoś chciał mi wyjaśnić, co to za dziecko jest pod tym drzewem to z przyjemnością przygarnę.

 

Czyli wydając werdykt końcowy i podsumowując mój czterofilmowy maraton z polskimi filmami historycznymi: Wołyń polecam gorąco, bo to kawał świetnie zrobionego filmu i wydarzenia, które są mało znane, ciekawe i odkrywają wiele nieznanych faktów. Drugie miejsce przyznaję Legionom – historycznie i kinematograficznie poprawny, trochę nudnawy, ale ogólne wrażenie i tak mam na plus. Trzeci to Miasto 44 czyli reklama ketchupy, festiwal nierealności i budżetowe flaki. Ale dla miłej dla oka obsady można się skusić. Za to poza podium ląduje Piłsudski, bo ten film nie reprezentuje sobą nic, a fabułę można zawrzeć w jednym zdaniu: „Piłsudski żył i miał kochankę”.

Ten mój maraton przyniósł swoje owoce, także przynajmniej pożytecznie urozmaiciłam sobie czas podczas nauki – na jedno z pytań znałam odpowiedź ponieważ obejrzałam Wołyń właśnie. Także jeśli o taką pożyteczną rozrywkę chodzi, to polecam ją serdecznie! Można łatwo sprawdzić swoją wiedzę, wyłapać jakieś totalne bzdury, fikcyjne urozmaicenia, czasem dowiedzieć się czegoś przydatnego.

Wołyń, Miasto 44 i Piłsudski dostępne są na Netfliksie także jeśli chcecie wyrobić sobie o tych filmach własne zdanie, to dostęp jest otwarty. Legiony zaś można znaleźć na Playerze.

Koniecznie dajcie znać, czy gustujecie w polskich filmach historycznych, czy po nie sięgacie i czy oglądaliście któryś z tych, o których dziś pisałam! 




FacebookInstagramGoodreadsTwitterGoogle+LubimyCzytać



10 komentarzy:

  1. Często wracam do filmu Wołyń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest świetny i pewnie ja też wrócę do niego nie raz :D

      Usuń
  2. Ja wciąż nie lubię, aleja generalnie nie lubię ani powieści, ani filmów, ani seriali historycznych. Te twoje wyglądają nieźle, ale... nie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ajajaj, ale Wołyń to mi zrobił miazgę z mózgu i to bardzo!Byłam na nim dwa razy, za każdym razem do końca dnia nie byłam w stanie myśleć o niczym innym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetny film, a do tego zostaje w człowieku na długo!

      Usuń
  4. Nie widziałam żadnego z tych filmów, również mam pewną awersję do polskich produkcji tego typu. Jednakże może obejrzę Wołyń :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja miałam okazję obejrzeć Legiony w kinie i dobrze to wspominam. Z mojej strony mogę polecić. Patrząc po recenzji i komentarzach chyba skuszę się na Wołyń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Legiony w kinie na pewno miały o wiele lepszy klimat niż mój domowy seans, ale cóż, wtedy nie chciałam ich oglądać XD
      Wołyń polecam gorąco! Nawet ostatnio w tv leciał :D

      Usuń

Każdy komentarz wskrzesza jednego jednorożca :D
Odwiedzam blogi wszystkich, którzy zostawili komentarz pod ostatnim postem ;)